wtorek, 4 czerwca 2013

Pielgrzymi na szlaku

Sarajewo leży w dolinie rzeki Miljacka i otoczone jest ze wszystkich stron górami. Żeby dojść do naszego domu musimy wspiąć się na zbocze jednej z nich, ale mamy za to piękny widok z okna. Miasto ma bardzo barwną historię. Na rynku widać wyraźne wpływy tureckie, nad miastem królują minarety, a na wielu budynkach można dopatrzeć się śladów wojny sprzed 20 lat. To tu dokonano zamachu na księcia Ferdynanda, co zaskutkowało wybuchem I wojny światowej. Przez dom coucha przewijało się wielu różnych ludzi, trochę hipisów, trochę turyściaków, w tym rudowłosy Bośniak, który nie tylko wskazał nam parę miejsc które koniecznie musimy zobaczyć, ale też zrobił przeszkolenie z robienia bośniackiej kawy. W sobotę opuszczamy Sarajewo i w deszczowej pogodzie zaczynamy trasę do Mostaru. Na poczatku jest ciężko, bo ubrania i buty szybko robią się mokre, potem nawet na jakiś czas się przejaśnia, a w końcu wjeżdżamy w dolinę rzeki Neretvy i do Mostaru prawie wciąż zjeżdżamy. Jest to najpiękniejszą trasa jaką jedziemy: w dole rzeka, naokoło góry. Po 130km jesteśmy na miejscu, spotykamy się z couchem Enisem, zdejmujemy mokre ciuchy i idziemy zobaczyć miasto. Jest już późno, więc w mieście prawie nikogo nie ma. Możemy dzięki temu zobaczyć je w całej okazałości, bez straganów i turystów. Enis jest muzułmaninem, wypytujemy go więc o jego religię i relacje między wyznawcami różnych religii w mieście, gdyż rzeka dzieli Mostar na część chrześcijańską i muzułmańską. Obie strony łączy piękny stary most, będący znakiem rozpoznawczym miasta. Następnego dnia idziemy zobaczyć Mostar również za dnia, żeby przypatrzeć się budynkom - pomnikom zniszczonym w czasie wojny.

Z Mostaru mamy jechać do Medugorie, ale zbaczamy trochę z drogi, żeby dojechać do miasta Bladaj, poleconego nam przez jednego z gości sarajewskiego squatu. Odpoczywamy chwilę przy wodospadzie i kierujemy się w stronę sanktuarium. W Metjugorie w 1981r szóstce nastolatków ukazała się Matka Boska. Niektórym z nich objawia się do dziś. Co prawda Kościół katolicki nigdy nie uznał tego za cud, ale do tego miasta ciągną tłumy pielgrzymów. Naokoło kościoła kolejki do spowiedzi w wielu językach, przed kościołem tłumy odmawiają różaniec, ksiądz zaczyna po bośniacku,  każdy odpowiada po swojemu. Bardzo zależało nam żeby dotrzeć tam na mszę, tym bardziej, że była niedziela. Ale rzędy straganów z dewocjonaliami, maryjkami i różnego rodzaju pamiątkami plus atmosfera tutystyczno-piknikowa odstraszyła nas.

Robiło się późno, więc wyjechaliśmy za miasto, żeby poszukać miejsca do spania. Zatrzymaliśmy się przed domem z przyboczną winniczką, która zwiastowała pyszny smak wina produkowanego z jej winogron. Okazało się, że w domu mieszka przemiła 6-osobowa rodzinka, która pomogła nam odzyskać wiarę w ludzi. Wielkie wrażenie zrobiło na nas ich zżycie i gościnność. Gdy już rozbiliśmy namiot zostaliśmy zaproszeni na obiad, a dziewczyny podarowały nam robione przez nich bransoletki-różańce, które sprzedawane są w Medjugorie. A winko, które produkował tata zasmakowało nam tak bardzo, że kupiliśmy 2 butelki na później.
W poniedziałek celem jest przejechanie granicy i ujrzenie morza. Mamy do przemierzenia kolejne góry i to czyni ten dzień najcięższym ze wszystkich do tej pory. Wychodzi słońce, podjazdy w gorącu są gorsze niż mokre buty. Chcemy ominąć parę gór i ruchliwą drogę i przejść przejściem granicznym w Prologu, na szczęście ludzie w jednej z wiosek po drodze zawracają nas mówiąc, ze jest to tylko przejście dla miejscowych. Mamy szczęście, w Wietnamie z tego powodu nadrabialiśmy 140km. W międzyczasie gotujemy kuskus z Polski, który dostaliśmy jeszcze w spadku po Darku. Z tuńczykiem, ajwarem i orzeszkami smakuje prima sort.

W końcu po dwóch godzinach podjazdów widzimy morze! I są zjazdy aż do samego Makarska!

A że oszczędzamy klocki hamulcowe to zaraz jesteśmy na dole. I tu zaczyna się: turismo pełną piersią, ceny z kosmosu, kamping na kampingu. Moczymy się w morzu, robimy spacer po mieście i jedziemy szukać miejsca do spania. Zaraz za miastem znajdujemy kościół z dużym zielonym terenem. Ksiądz pozwala nam rozbić namiot a miła pani przynosi kanapki. O 9 jesteśmy zaproszeni na różaniec do kapliczki a na kolacje pijemy pyszne wino kupione poprzedniego dnia.
Dziś planujemy plażing. Nie po to wozimy ze sobą kostiumy, żeby nigdy ich nie wykorzystać. Cel - wyspa Brač i najlepsza plaża w Chorwacji wg Forbes. W porcie jak zwykle dużo lokalnych przewalaczy, ale w końcu udaje nam się kupić bilet na najzwyklejszy prom. Na wyspie 15km podjazdów, ale jak to mówi Rucio morze nie może być nad nami, w końcu więc mamy zjazd. Polecana plaża jest niczego sobie, a kamyki pod stopami może rzeczywiście są najlepsze w Chorwacji. Woda tak cieplutka, że jedyna głowa w wodzie należy do Rucia. Są za to piękne widoki i mało ludzi. Czas na zasłużony wypoczynek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz